Wczoraj skończyłem czytać. To nieduża powieść, bardzo surowo, oszczędnie napisana. Jednak emocje jakie niesie ze sobą są przeogromne.
Jest to opowieść o Mężczyźnie (ojciec) i Chłopcu (syn), którzy podążają na południe przez doszczętnie zniszczony kraj. Postapokaliptyczny świat, w którym żyją to zgliszcza Stanów, szare, spalone, wszędzie jedynie popiół, dym i śmierć. Słońce prawie w ogóle nie świeci, jest coraz zimniej, a padający śnieg od razu szarzeje. Ludzie, których niewielu w ogóle przeżyło, zabijają się o jedzenie, wielu to kanibale. Nie dowiemy się jednak dlaczego tak jest, co spowodowało katastrofę, co zniszczyło Ziemię. Możemy się jedynie tego domyślać, bowiem nie to jest najważniejsze w powieści McCarthego.
Podróż głównych bohaterów jest tak naprawdę opowieścią o ludziach, którzy muszą przeżyć w tak ciężkich warunkach. To historia miłości ojca do syna, przeciągłego strachu o dziecko, a z drugiej strony dorastaniu w świecie pełnym zła. Czy wiara w innych ludzi ma jeszcze sens, kiedy każdy napotkany na drodze człowiek jest potencjalnym wrogiem? Czy dziecko, które widziało tyle złego, wyrośnie na dobrego, "niosącego ogień" człowieka? Czy w krytycznych sytuacjach jakiś cel w życiu jest niezbędny, pozwala nie tracić wiary, pozwala przeżyć? Czy, kiedy zajdzie potrzeba, jesteśmy zdolni do największych poświęceń lub też najgorszych okrucieństw? Czy w takim brutalnym świecie istnieje miejsce na miłość ojca do syna?
Niesamowita rzecz! Wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się oderwać. Bardzo przygnębiająca jest w sumie i ponura, ale jednocześnie porządnie oszołamia i wstrząsa czytelniku. Polecam.
P.S.1. To nie jest fantastyka, postapokaliptyczny świat to jedynie tło opowieści.
P.S. 2. Niedługo do kin wejdzie film na podstawie tej opowieści. Na zachodzie już chyba jest, może ktoś oglądał?