Lubię
Kurta Vonneguta za czarny humor, zgryźliwość, autoironię, specyficzny styl charakterystyczny dla niego, za to, że świat ukazuje z reguły w krzywym zwierciadle. Odnoszę wrażenie, że miał zwyczaj głównie opisywać ludzką głupotę i ignorancję.
„Galapagos” – to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam; na początku nie podobała mi się, przeszkadzało wyprzedzanie wypadków, praktycznie zdradzanie zakończenia, powtarzanie, co za chwilę się wydarzy, informowanie, kto wkrótce zginie, ciągłe dygresje. Niedawno przeczytałam ponownie, tym razem to odebrałam inaczej, jako że przyzwyczaiłam się do specyficznego stylu Vonneguta i polubiłam go. Bowiem historia to tylko pretekst.
Narratorem tej opowieści jest duch młodego spawacza, który zginął przy budowie "Bahii Darwin". Jest to historia o grupie ludzi (właściwie o życiowych nieudacznikach i oszustach) wybierających się na "Przyrodniczą Wyprawę Stulecia" startującą w Ekwadorze. Akurat w chwili, gdy przedsięwzięcie ma dość do skutku, następuje ostateczny kryzys, chaos i praktycznie koniec świata. Grupka ocalałych przez przypadek ląduje na bezludnej wyspie i musi jakoś sobie poradzić...
W międzyczasie były inne powieści tego autora, np.: "Syreny z Tytana", "Niedziela palmowa", "Śniadanie mistrzów czyli żegnaj czarny poniedziałku", "Rzeźnia numer 5", "Kocia kołyska". Każda z nich jest inna, wyjątkowa na swój sposób.
Czy na forum znajdzie się ktoś, kto jeszcze czytał Kurta Vonneguta?