Też przeczytałam
Gringo.... Zapadła mi w pamięci historia z motylem. Z koleżankami co jakiś czas to wspominamy... pamiętam, jak te fragmenty czytałam współlokatorce, ona akurat jadła...

Nigdy nie uczyłam się niemieckiego, ale niemiecka nazwa motyla jakoś na dłużej zakodowała mi się w głowie dzięki panu Cejrowskiemu.

(Obecnie czytając
Świat według Garpa Irvinga, trafiłam na cytat, którego teraz nie mogę znaleźć, gdzie nazwy niemieckie, no w ogóle cały język niemiecki jest porównywany do strzałów z karabinu, czy jakoś tak.)
Książkę
Gringo... mi się lekko czytało mimo, że jest ciężka. Nie udało mi się zapamiętać wszystkich przygód pana Cejrowskiego, ale jestem w takiej sytuacji, że
Gringo... stoi na półce w moim pokoju. W każdej chwili, gdy jestem w domu, mogę sobie poprzypominać.
Czasem mi się nie podobało to, że język jest taki popularny, no i te fikuśne czcionki, które oddają stan emocjonalny danego słowa. Ale z drugiej strony dodaje to uroku przygodom, no i laik ma szansę zrozumieć różnice między nami a nimi, czy nimi a nami, jak kto woli.