Jako wielka miłośniczka fantasy cały czas poszukuję książek o tej tematyce, które pomogłyby mi rozwijać moją pasję, przynosiły radość z czytania i pozwoliły oderwać się od szarej rzeczywistości, która czasami przygniata, tak, że chce się uciec do najdalszej z krain.
Ja postanowiłam pewnego dnia uciec do Westeros.
Na początek może powiem, że z zamiarem przeczytania sagi "Pieśń Lodu i Ognia" nosiłam się już czas jakiś. Wiele słyszałam o niej dobrego, a ponieważ zawsze sprawdzam, zanim wyrobię sobie opinię, sięgnęłam po tom pierwszy, czyli recenzowaną "Grę o tron".
Spodziewałam się świetnej książki, podpowiadał mi to szósty zmysł bibliofilki i - nie zawiodłam się nawet w najmniejszym szczególe. Książka jest wciągająca, pełna tajemnic i malutkich szeptów, które nie pozwalają Ci się od niej oderwać nawet na milimetr. Dawno nie czułam takiego podekscytowania, nawet teraz, gdy jestem po lekturze wszystkich tomów cyklu, nie mogę wyjść z podziwu.
Książka opowiada o Siedmiu Królestwach, którymi kiedyś rządził smoczy ród Targaryenów, lecz został zepchnięty przez połączone siły, na tronie zaś zasiadł Robert Baratheon. Cykl rozpoczyna się, gdy wspomniany król wzywa swego przyjaciela i dawnego towarzysza broni, by został Namiestnikiem na miejsce zmarłego poprzednika. Zaś daleko daleko od rządowych machinacji, ostatnia z rodu Targaryenów, Daenerys, wiąże się z potężnym władcą Dothraków.
Powieść napisana jest niebanalnym językiem, polecam ją wszystkim, którzy zmęczyli się już wszędobylskimi elfami i pragną rozrywki na poziomie, która wyłączy ich ze świata na długie godziny.
A na koniec zawołanie ludzi Północy, Starków, których los związał z wilkorami - Zima nadchodzi...