Królowa, mistrzyni, takie słowa padają w wątku.

Mnie trudno powiedzieć, bo niewiele miałem do tej pory styczności z Agathą Christie.
Dziś skończyłem
Dziesięciu Murzynków, książkę, jak brat twierdzi najwyżej ocenianą w serwisie BiblioNetki przez czytelników. A, że parę dni temu przyniósł ją z biblioteki miałem okazję choć trochę to zweryfikować.
Fabuła książki w skrócie przedstawia się następująco: Na małą, skalistą wyspę u wybrzeży Wielkiej Brytanii przybywa pewnego dnia dziesięcioro gości. Wyspa ma połączenie z lądem jedynie za pośrednictwem łodzi. Gdy goście już zainstalowali się na wyspie, przy wspólnej kolacji odzywa się nagle tajemniczy głos, który każdemu z przybyłych wypomina dawne zbrodnie popełnione w przeszłości, za które nie zostali przez prawo ukarani. I wkrótce potem w tajemniczych okolicznościach ludzie zaczynają ginąć. Dokładnie w taki sposób, w jaki wspomniane jest w dziecięcym wierszyku o dziesięciu Murzynkach.
Tak to się przedstawia. Dziesięć osób, nikogo więcej na wyspie a ludzie zaczynają ginąć. Kwestią czasu jest dojście do wniosku, że morderca jest wśród gości, że jest jednym z nich. Wyobraźcie sobie, siedzicie wspólnie w salonie i każdy ma świadomość, że gdzieś obok niego siedzie tajemniczy morderca. Ale jednocześnie nikt nie wie kto nim jest. Niepewność, wzajemne podejrzenia, nerwowość, można sobie tylko wyobrazić jakie uczucia mogą targać uczestnikami tej makabrycznej gry. Agatha Christie próbuje nam to opisać i nawet nieźle jej to wyszło. Podobało mi się.

Akcji w typowym znaczeniu dużo w książce nie ma. Mała wysepka dziesięcioro ludzi, wspólne śniadania, obiady i nieuchronność losu. Ważniejsze są kwestie psychologiczne, analiza zachowań ludzi zamkniętych w pułapce niepewności. Taką rzecz widziałem w jednym polskim filmie z Czarkiem Pazurą, nie jestem tylko w stanie przypomnieć sobie tytułu. Chyba zwał się "Show". Opowiadał o kręceniu reality show na wyspie i w pewnym momencie ludzie zaczynali ginąć, podobnie jak w Wyspie Murzynków.