Nie wiem jak Wy, ale ja czasami się jej po prostu bałam, jest taka nieprzewidywalna, gwałtowna...
Jeśli Lisbeth Salander zaszło się za skórę, to owszem - należało się bać tej filigranowej kobietki... Ja raczej podziwiałam hardość jej charakteru, kiedy broniła granic swojego terytorium, walczyła o swoje miejsce na świecie (wpływ na to miało trudne dzieciństwo). Broniła swoich praw człowieka, kobiety, oczekiwała ich respektowania i szacunku dla własnej osoby. Odwagi i pomysłowości, inteligencji i przebiegłości można jej pozazdrościć. Dobrej kondycji zresztą też. Która z nas nie chciałaby posiadać takich cech? Oczywiście oprócz morza zalet, miała i wady - dzięki temu stała się bliższa czytającym, łatwiej było utożsamić się z tą postacią. . Z trudnością przychodziło jej nawiązywanie kontaktów społecznych. Wszystko miało swój początek w zaburzonych, ba patologicznych relacjach rodzinnych. Trudna w przyjaźni, otaczała się barierą, którą niełatwo było pokonać a tym, którym to się udało. ciężko było na dłuższą metę utrzymać pozytywny kontakt. W jej życiu uczuciowym panował chaos...
Salander budziła podziw, potrafiła zaskarbić sobie sympatię czytelnika - nie wiadomo kiedy

- który był po jej stronie, nawet wtedy, gdy łamała prawo i swoimi sposobami wymierzała sprawiedliwość. Tak sobie myślę, że było to celowe działanie Larssona. Ta "heroiczna" postać mogłaby stać się wzorem do naśladowania dla kobiet, których prawa są łamane...