Zdaję sobie sprawę z tego, że Dan Brown pisze książki „na jedno kopyto”, pod publiczność. Autorowi zarzuca się szereg nieścisłości – mnie to akurat nie przeszkadza, gdyż jego powieści traktuję jako fikcję literacką a nie podręcznik historii, po który sięgnęłabym, gdybym pragnęła poznać fakty. Nieustraszonemu Langdonowi w zmaganiach zawsze towarzyszy powalająca nie tylko urodą, ale także inteligencją, kobieta. Bohater działa pod presją czasu i stresu, z opałów wychodzi obronną ręką – to czyni jego powieści szalenie wciągającymi no i bestsellerami... Właśnie! Zauważyłam, że na książce „Zaginiony symbol” już w pierwszym dniu polskiej premiery widniał napis „nowy bestseller”, jeśli mam być szczera, to poczułam niesmak…
Najbardziej chyba zatopiłam się w fabule „Aniołów i demonów”… Już od pierwszych chwil autor – niczym wędkarz zarzucający przynętę - porywa czytelnika w świat niejasnych zagadek i uknutych intryg. Skąd się wziął wypalony na ciele zamordowanego fizyka tajemniczy symbol? Tym razem główny bohater wpada na trop tajemniczego bractwa Iluminatów. To oczywiście on odkrywa kolejne brutalne morderstwa, jest ich świadkiem. Pamiętam, że opis akcji ratunkowej utopionego kardynała czytałam z zapartym tchem… Poszukiwanie pojemnika z antymaterią – bomby ukrytej na terenie Watykanu – skradzionego z CERNu trzymało czytelnika w napięciu do ostatnich chwil. Ma się przeświadczenie, że główny bohater wyjdzie cało z opresji, wszystko dobrze się skończy, ale nim to się stanie wystawia się na próbę własną cierpliwość… Kusi, żeby zajrzeć na ostatnie strony, ale po cóż odbierać sobie przyjemność czytania?!